Ku mojemu zaskoczeniu kilka dni temu minęło 5 lat odkąd znaleźliśmy się w Australii. Czas biegnie nadspodziewanie szybko.W pamięci mam wciąż mroźną noc, gdy jechaliśmy na lotnisko. Droga z Krakowa do Warszawy zajęła ma 11 godzin! Dotarliśmy na miejsce zaledwie pół godziny przed odlotem. Byliśmy tak zdenerwowani, że możemy nie zdążyć, że już obyło się bez stresu typowego przed wyjazdem w nieznane.
W samolocie prawdziwa ulga. Po nieprzespanej nocy w aucie, wielogodzinny czas “nicnierobienia” i spania do woli, zdawał się spełnieniem marzeń.
Pierwsze dni po przylocie były beztroskie. Na dworze ciepło, choć akurat rozpoczęła się jesięń. Teraz bym się nie odważyła, ale wówczas jeszcze pod koniec kwietnia pływaliśmy w zatoce (oczywiście bez pianek).
Po kilkutygodniowej euforii i odpoczynku, rozpoczęliśmy życie w nowym kraju. Wydarzenia zmieniały się jak w kalejdoskopie: pierwsza praca, wynajęcie domu, po niewiele ponad roku kupno ziemi - takiego naszego kawałka świata, zmiana pracy, budowa domu, przeprowadzka, odwiedziny mamy, szukanie nowej pracy. Wiele się działo w ciągu tych lat. Bilans zdecydowanie na plus.
Kolejny okres rozpoczynamy już z innej, bo stabilnej, pozycji. Znaleźliśmy przyjaciół, oboje mamy dobra prace, własny dom, jeszcze bardziej własny kredyt ;) Rozpoczęta pięciolatka szykuje się bogata w wydarzenia, ale o tym napisze w podsumowaniu za 5 lat…




