ludzie

Przeglądasz archiwum kategorii 'ludzie'.

Kiedy jest się małym dzieckiem, poznawanie świata ogranicza się do własnego łóżeczka i bezpiecznych ramion matki, krótko potem świat rozszerza się o tatę, rodzeństwo, dom. Zaczyna się budować poczucie naszej tożsamości, przynależności do rodziny. Później dopiero dochodzi spostrzeżenie, że nasza rodzina jest cześcią znacznie szerszej społeczności. Młody człowiek zaczyna odrywać się od rodziny, choć ona jest wciąż miejscem, gdzie żyje, a jeśli odejdzie, to zawsze może wrócić, wie, że tam jest kochany. Ale uczy się żyć niezależnie. Tylko czy niezależnie oznacza w oderwaniu od wszystkiego - tworzenie całkiem nowego swojego małego światka? Dla niektorych może tak, lecz większość ludzi zadaje sobię pytania - kim jestem? skąd jestem? A jeśli nie, to i tak czyhają one w schowane głęboko w głowach i prędzej czy później się pojawią, nawet gdy staramy się je wyprzeć w naszych myśli.

Poczucie własnej wartości, tożsamości bazuje na odpowiedziach na te podstawowe pytania - kim jestem, skąd pochodzę, co ukształtowało mnie, moich rodziców. W niektórych sytuacjach życiowych są one szczególnie silne - myślę głównie o ludziach żyjących na emigracji, ale dotyczny to także choćby osób adoptowanych.

Będąc emigrantem nie da się uciec od swego pochodzenia. Najlepiej zaakceptować ten fakt i poznać swoje obie ojczyzny jak najlepiej, by czerpać z obu dziedzictw. Wyparcie polskiej tożsamości nie tylko nie pomoże w codziennym życiu, ale też bedzie determinować nasze zachowanie - choćby krytykę dla samej tylko zasady kraju, w którym wyrośliśmy czy sprawi, że bedziemy się czuli jakby w zawieszeniu, już nie Polak, ale i nie Australijczyk, Niemiec, Anglik, Irlandczyk…

Bezpaństwowiec, który szuka potwierdzenia, że odrzucając poczucie polskości, zrobił dobrze.

Nie dawno byłam obserwatorem ostrej dyskusji - na szczęście wirtualnej, choć jak się potem okazało była ona zapoczątkowana w realu, na temat jak to Polska i Polacy ”są uosobieniem polskiej glupoty i parafialności (cokolwiek miałoby to znaczyć), zanieczyszczają Australię szowinistycznymi pierdnięciami (?? to cytat…), podniecają się historią, a nie umieją odnaleźć się w rzeczywistości, czekają aż dostaną wszystko na gotowe, narzekają, są zawistni, uważają, że są lepsi podczas, gdy są dnem, ojczyzna to tzw. polskie błotko i jeśli słowo Polska coś dla ciebie znaczy, to taplaj się tam, a nie przywoź błota do AU, powinno się ich zamknąc sie z modlitewnikiem i całą kolekcją pisarstwa Konopnickiej i Sienkiewicza i zakazać emigracji (emigrować mogą tylko ci światli)”, a także jak ludzie w Australii (Polonia lub tubylcy) są “przygłupami, debijami, leniami, tępi, ograniczeni, awanturnikami, nieukami, uśmiechnięci na zewnątrz, a w środku knują, chcą się tylko bawić, puści, płytcy, łatwo nimi manipulować, zapatrzeni w AU jakby byli pępkiem świata, kiedy są zadupiem, większość nie wystawiła nosa poza granice, a myślą jakby wszystko wiedzieli, natomiast Polonia to zdrajcy, wywyższający się ponad innych, a w kraju nie przeżyliby choćby tygodnia, myślą, że Pana Boga za nogi złapali, mają patriotyzm na ustach, a zadźgaliby cię za pierwszym rogiem”.

Skąd to się bierze… Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to przelewanie swoich niepowodzeń w życiu emigracyjnym albo wcześniejszym w Polsce. Ludzie wylewają swoje osobiste frustracje, może żal, że wyjechali, atakując i szukając usprawiedliwienia i potwierdzenia swoich decyzji. Sposób w jaki odreagowują swoje decyzje jest żenujący i szkodliwy, bo w tak budujemy nietylko swój wizerunek (wiecznie jęczącego nieudacznika lub szydercy), ale i obraz Polski w oczach cudzoziemców.

Tak tworzą się stereotypy, że Polak Polakowi wilkiem, podczas, gdy inne narody potrafia się zorganizować, pomagac i wspierać na obczyźnie. Ale czy tak rzeczywiście jest? Za każdym razem, gdy myslę o tych problemach, dochodzę do wniosku, że i tak wszystko zależy od konkretnych ludzi i generalizowanie jest albo krzywdzące albo tworzące nieprawdziwy ideał. Znam wiele osób, które denerwują takie stwierdzenia i których zachowanie i inicjatywy takiemu obrazowi Polaków i Polonii przeczą. Choćby nasi przyjaciele zaangażowani w tworzenie portalu Melbourne.PL, czy inni tworzący polskie szkoły, zespoły, działający przy polskich parafiach, muzycy, pisarze. A ci także mniej widoczni pomagający bezinteresownie i całkiem prywatnie nowym przyjeżdżającym dobrą radą, a często i konkretną pomocą w odebraniu z lotniska czy przyjęciu na pierwsze dni/tygodnie do swojego domu, pomocy z zorientowaniu co i gdzie trzeba załatwić.

Szkoda gadać! Tylko czasem przykro, że są ludzie, którzy muszą podbudowywać poczucie swojej wartości kosztem własnego narodu i ojczyzny albo kosztem kraju, ktory ich przyjął i z którego większość z nich nie zamierza się wyprowadzać (więc chyba im nie jest źle…) i jednocześnie ci, dla których wstydem i karą jest, że pochodzą z Polski, często kontaktów wśród Polonii szukają, czemu? Nie wiem, może czują, że są znikąd, bo ani to Polacy ani Australijczycy, a człowiek potrzebuje korzeni, potrzebuje wiedzieć kim jest i chce być z tego dumny - ale to już temat na kolejny wpis.

Podróżowanie na wyrywki

Ciężki plecak nie pomaga wcale w łapaniu stopa - ale cóż, w imię przygody i pierwszej miłości poświęcam się i macham na przejeżdżające samochody z nadzieją, że któryś się wreszcie zatrzyma…

Ona miała zawsze listę - tym razem wypadło na ‘Spis najpotrzebniejszych rzeczy w podróży’ - stworzyła ją swoim starannym charakterem pisma jeszcze na tydzień przed wyjazdem. Ponieważ miłość obliguje - uśmiechałem się z aprobatą widząc każdą kolejną pozycję na kartce papieru. A potem składanie i ugniatanie plecaka - logiczna analiza, co musi być pod ręką a co może niżej i ciężki szok ląduje na moich plecach - lecz jej wdzięczny uśmiech odpłaca z nawiązką za niewygodę.

…zatrzymał się wreszcie, cóż za auto - Mercedes - chyba prosto z salonu. I znowu byłem bohaterem. ‘Dokąd jedziecie?’ zapytał dobrze wyglądający pan w średnim wieku, ‘Do Warszawy’ rzuciłem szybko rozmyślając jednocześnie głęboko gdzie włożyć ten mój wakacyjny osprzęt aby nie popsuć czegoś w aucie. I tak dobrnęliśmy do Warszawy, potem do Krakowa, objechaliśmy tamtych wakacji całą Polskę. Spotkaliśmy wielu ludzi, zupełnie z przypadku, bez planu, bez ustalonych godzin bez końca. Każdego wieczora, czy to w namiocie na polu biwakowym, czy też w ogrodzie jakiegoś dobrego gospodarza liczyłem bez wytchnienia kilometry jakie przybyliśmy, obserwując zarazem jej piękny uśmiech. To był nasz czas, ta podróż była dla nas, nikt nie mógł zakłócić naszej radości, szczęśliwa ona - szczęśliwy ja - wciąż nastolatka i nastolatek.

Pociąg relacji Żary - Bojanowo, stara parowa maszyna, zwiastowała koniec naszej letniej przygody, usiedliśmy naprzeciw siebie, spoglądałem na nią, moją miłość. Jej piękne ciało podkreślone seledynową sukienką i ja szczęśliwy, ogorzały słońcem, przytłoczony ciężarem plecaka. Ona miała uśmiech i urodę ja silne ramiona, by dźwigać nasze szczęście. Gdzieś przez na wpół otwartą szybę dosłyszeliśmy dźwięk gwizdka zawiadowcy stacji - już niedługo na tą stację miały nadciągać tysiące młodych ludzi, głodnych wrażeń i szalonego grania Woodstock - lecz tamtego dnia byliśmy tylko my dwoje.

***

Czasem tłoczne a czasem puste wagony londyńskiego metra przemierzają bez ustanku zmyślne torowiska pod gwarnymi ulicami miasta. Rozpoznaję z łatwością rodaka, który nerwowo czyta plan trasy, po drugiej stronie wagonu kobieta w ciązy i dżentelmen w gustownie skrojonym garniturze prosto od Harrodsa. Ruszamy.

To tylko chwila, kiedy ktoś wsiądzie a wraz z nim moja nadzieja, lecz kolejny przystanek jest tak blisko - jak długo czekać? Wsiadła na Oxford Cirus, jej spojrzenie przykuło mój wzrok. ‘Dlaczego spoglądasz na mnie?’ spuściłem głowę zawstydzony intensywnością tej chwili, starcia dwojga ludzi pośród milionów innych. Była piękna, jej rozpięte włosy oplatały ramiona, urokliwie wyrózniały się na tle wagonowych szyb, to milisekunda szczęścia. Podniosłem wzrok, wokół gwarno, lecz nasze spojrzenia spotkały się na nowo. Uśmiech rzucony i odwzajemniony, łakliwy oddech unoszący piersi - i nagle w tym falującym na torach wagonie poczułem się niczym w rozkosznym tangu. Szczęście przybrane w banalny kolor codzienności i przypadku.

Wysiadłem pospiesznie z tłocznego wagonu nie oglądając się za siebie, w górę po ruchomych schodach, przez bramki do świata ulic. Oszołamiał mnie zawsze swoim pięknem, Londyn, miasto niezwyciężonych, miasto pięknych parków, budynków i mostów, miasto jak Wieża Babel - pełne nas - ludzi. Spojrzałem przed siebie na wspaniale zarysowane kontury katerdy Św. Pawła, wkomponowane w gęsto zabudowaną okolicę instytucji rządowych i banków. Po drugiej stronie Tamizy, pełnej turystycznych statków o tej porze roku, nadbrzeżne bulwary a na nich zakochani objęci wspólnym spacerem, biegacze, pan mim ze srogą miną i dalej, wzdłuż brzegu… Londynu nie można poznać, nie można go oswoić, Londyn oswaja nas, bo kiedy przemierzam jego ulice, parki i bulwary zaczynam czuć, że ja też jestem Londyńczykiem.

***

Dzwonek do drzwi. Podbiegam by otworzyć znudzony kawałkiem prozy, który przez przypadek wpadł mi w rękę z nadzieją na cokolwiek. W drzwiach Michał ‘Jedziemy do Szwajcarii - jedziesz z nami?’ Zaskoczony lecz przytłoczony nudą deszczowych wakacji przytakuję niepewnym ruchem głowy. ‘No dobra, to się zbieraj, samochód czeka!’ Odwrócił się na pięcie i wybiegł na ulicę, matka ze spuszczonymi rękami a w nich mokrą ścierką wydaje się być zaniepokojona, ojciec przy kuchennym stole dotychczas zaczytany gazetą z uśmiechem spogląda na mnie - więc biegnę po plecak i w drogę.

Szwajcarskie drogi wiją się w górę, to w dół aby wbić się wreszcie w długie tunele wyciosane w trzewiach wzgórz dynamitem i rękoma pracowitych ludzi. Góry od zawsze mnie zachwycały, strzeliste kontury nasuwają na myśl własne ambicje, groźne lecz wyraźne. Gdy lekko już przytłoczony ich rozmiarem odwracam od nich głowę wjeżdżamy w dolinę, zieleniącą się trawą, nakrapianą bielą górskich owiec. Cóż, nasza przyjaźń jest przygodą, a w prawdziwej przygodzie poznajemy naszą wartość. Michał, Romek i ja, koledzy złączeni tysiącem kilometrów przebytych w ciasnym aucie, spaniem na sianie w górskiej stodole i planami na przyszłość. Z garstką angielskiego i niemieckiego zaczepiamy napotkane dziewczęta, zakrzykując niezbgrabnie raz po raz niestosowne uwagi. I wtedy pojawia się uśmiech, więź i tak już na zawsze będziemy kumplami. Jeden kubek - ale to nieważne - bo herbata smakuje przednio.

Zapakowani szwajcarskim towarem wracamy tą samą drogą. Nasz kierowca dumny ze swego Peugota i my, jak młode wilczki głodni i uparci, lecz szczęśliwi. W osobistych zapiskach radosna uwaga ‘Byłem w Szwajcarii’. Ojciec czyta świeżą gazetę, matka z talerzem pierogów kręci groźnie głową - pewnie zaraz oberwę ścierką…

***

Wysiadam z pędęm na głogowskim peronie, żwawo po schodach, dalej znanymi ulicami i skrótem z młodości - jestem w domu. Podróżujemy bo zycie jest podróżą. Poznajemy, uczymy się, zakochujemy, podziwiamy czy zwyczajnie przemierzamy kilometry, wszystko wpisane jest w nas i obok nas. Kolejny rozdział życia zamyka się przed oczami wraz z kolejnym powrotem, tam gdzie pachnie swojskim chlebem i kurzem ulicznym. Podróżujemy aby powracać, aby poznać smak tęsknoty, aby przywitać matkę w progu i uśmiechnąć się do pięknej Izy ze sklepu przy ulicy Wolności.