Szwajcaria

Przeglądasz wpisy oznaczony następującym tagami: Szwajcaria.

Podróżowanie na wyrywki

Ciężki plecak nie pomaga wcale w łapaniu stopa - ale cóż, w imię przygody i pierwszej miłości poświęcam się i macham na przejeżdżające samochody z nadzieją, że któryś się wreszcie zatrzyma…

Ona miała zawsze listę - tym razem wypadło na ‘Spis najpotrzebniejszych rzeczy w podróży’ - stworzyła ją swoim starannym charakterem pisma jeszcze na tydzień przed wyjazdem. Ponieważ miłość obliguje - uśmiechałem się z aprobatą widząc każdą kolejną pozycję na kartce papieru. A potem składanie i ugniatanie plecaka - logiczna analiza, co musi być pod ręką a co może niżej i ciężki szok ląduje na moich plecach - lecz jej wdzięczny uśmiech odpłaca z nawiązką za niewygodę.

…zatrzymał się wreszcie, cóż za auto - Mercedes - chyba prosto z salonu. I znowu byłem bohaterem. ‘Dokąd jedziecie?’ zapytał dobrze wyglądający pan w średnim wieku, ‘Do Warszawy’ rzuciłem szybko rozmyślając jednocześnie głęboko gdzie włożyć ten mój wakacyjny osprzęt aby nie popsuć czegoś w aucie. I tak dobrnęliśmy do Warszawy, potem do Krakowa, objechaliśmy tamtych wakacji całą Polskę. Spotkaliśmy wielu ludzi, zupełnie z przypadku, bez planu, bez ustalonych godzin bez końca. Każdego wieczora, czy to w namiocie na polu biwakowym, czy też w ogrodzie jakiegoś dobrego gospodarza liczyłem bez wytchnienia kilometry jakie przybyliśmy, obserwując zarazem jej piękny uśmiech. To był nasz czas, ta podróż była dla nas, nikt nie mógł zakłócić naszej radości, szczęśliwa ona - szczęśliwy ja - wciąż nastolatka i nastolatek.

Pociąg relacji Żary - Bojanowo, stara parowa maszyna, zwiastowała koniec naszej letniej przygody, usiedliśmy naprzeciw siebie, spoglądałem na nią, moją miłość. Jej piękne ciało podkreślone seledynową sukienką i ja szczęśliwy, ogorzały słońcem, przytłoczony ciężarem plecaka. Ona miała uśmiech i urodę ja silne ramiona, by dźwigać nasze szczęście. Gdzieś przez na wpół otwartą szybę dosłyszeliśmy dźwięk gwizdka zawiadowcy stacji - już niedługo na tą stację miały nadciągać tysiące młodych ludzi, głodnych wrażeń i szalonego grania Woodstock - lecz tamtego dnia byliśmy tylko my dwoje.

***

Czasem tłoczne a czasem puste wagony londyńskiego metra przemierzają bez ustanku zmyślne torowiska pod gwarnymi ulicami miasta. Rozpoznaję z łatwością rodaka, który nerwowo czyta plan trasy, po drugiej stronie wagonu kobieta w ciązy i dżentelmen w gustownie skrojonym garniturze prosto od Harrodsa. Ruszamy.

To tylko chwila, kiedy ktoś wsiądzie a wraz z nim moja nadzieja, lecz kolejny przystanek jest tak blisko - jak długo czekać? Wsiadła na Oxford Cirus, jej spojrzenie przykuło mój wzrok. ‘Dlaczego spoglądasz na mnie?’ spuściłem głowę zawstydzony intensywnością tej chwili, starcia dwojga ludzi pośród milionów innych. Była piękna, jej rozpięte włosy oplatały ramiona, urokliwie wyrózniały się na tle wagonowych szyb, to milisekunda szczęścia. Podniosłem wzrok, wokół gwarno, lecz nasze spojrzenia spotkały się na nowo. Uśmiech rzucony i odwzajemniony, łakliwy oddech unoszący piersi - i nagle w tym falującym na torach wagonie poczułem się niczym w rozkosznym tangu. Szczęście przybrane w banalny kolor codzienności i przypadku.

Wysiadłem pospiesznie z tłocznego wagonu nie oglądając się za siebie, w górę po ruchomych schodach, przez bramki do świata ulic. Oszołamiał mnie zawsze swoim pięknem, Londyn, miasto niezwyciężonych, miasto pięknych parków, budynków i mostów, miasto jak Wieża Babel - pełne nas - ludzi. Spojrzałem przed siebie na wspaniale zarysowane kontury katerdy Św. Pawła, wkomponowane w gęsto zabudowaną okolicę instytucji rządowych i banków. Po drugiej stronie Tamizy, pełnej turystycznych statków o tej porze roku, nadbrzeżne bulwary a na nich zakochani objęci wspólnym spacerem, biegacze, pan mim ze srogą miną i dalej, wzdłuż brzegu… Londynu nie można poznać, nie można go oswoić, Londyn oswaja nas, bo kiedy przemierzam jego ulice, parki i bulwary zaczynam czuć, że ja też jestem Londyńczykiem.

***

Dzwonek do drzwi. Podbiegam by otworzyć znudzony kawałkiem prozy, który przez przypadek wpadł mi w rękę z nadzieją na cokolwiek. W drzwiach Michał ‘Jedziemy do Szwajcarii - jedziesz z nami?’ Zaskoczony lecz przytłoczony nudą deszczowych wakacji przytakuję niepewnym ruchem głowy. ‘No dobra, to się zbieraj, samochód czeka!’ Odwrócił się na pięcie i wybiegł na ulicę, matka ze spuszczonymi rękami a w nich mokrą ścierką wydaje się być zaniepokojona, ojciec przy kuchennym stole dotychczas zaczytany gazetą z uśmiechem spogląda na mnie - więc biegnę po plecak i w drogę.

Szwajcarskie drogi wiją się w górę, to w dół aby wbić się wreszcie w długie tunele wyciosane w trzewiach wzgórz dynamitem i rękoma pracowitych ludzi. Góry od zawsze mnie zachwycały, strzeliste kontury nasuwają na myśl własne ambicje, groźne lecz wyraźne. Gdy lekko już przytłoczony ich rozmiarem odwracam od nich głowę wjeżdżamy w dolinę, zieleniącą się trawą, nakrapianą bielą górskich owiec. Cóż, nasza przyjaźń jest przygodą, a w prawdziwej przygodzie poznajemy naszą wartość. Michał, Romek i ja, koledzy złączeni tysiącem kilometrów przebytych w ciasnym aucie, spaniem na sianie w górskiej stodole i planami na przyszłość. Z garstką angielskiego i niemieckiego zaczepiamy napotkane dziewczęta, zakrzykując niezbgrabnie raz po raz niestosowne uwagi. I wtedy pojawia się uśmiech, więź i tak już na zawsze będziemy kumplami. Jeden kubek - ale to nieważne - bo herbata smakuje przednio.

Zapakowani szwajcarskim towarem wracamy tą samą drogą. Nasz kierowca dumny ze swego Peugota i my, jak młode wilczki głodni i uparci, lecz szczęśliwi. W osobistych zapiskach radosna uwaga ‘Byłem w Szwajcarii’. Ojciec czyta świeżą gazetę, matka z talerzem pierogów kręci groźnie głową - pewnie zaraz oberwę ścierką…

***

Wysiadam z pędęm na głogowskim peronie, żwawo po schodach, dalej znanymi ulicami i skrótem z młodości - jestem w domu. Podróżujemy bo zycie jest podróżą. Poznajemy, uczymy się, zakochujemy, podziwiamy czy zwyczajnie przemierzamy kilometry, wszystko wpisane jest w nas i obok nas. Kolejny rozdział życia zamyka się przed oczami wraz z kolejnym powrotem, tam gdzie pachnie swojskim chlebem i kurzem ulicznym. Podróżujemy aby powracać, aby poznać smak tęsknoty, aby przywitać matkę w progu i uśmiechnąć się do pięknej Izy ze sklepu przy ulicy Wolności.