emigracja

Przeglądasz wpisy oznaczony następującym tagami: emigracja.

To już 5 lat!

Ku mojemu zaskoczeniu kilka dni temu minęło 5 lat odkąd znaleźliśmy się w Australii. Czas biegnie nadspodziewanie szybko.W pamięci mam wciąż mroźną noc, gdy jechaliśmy na lotnisko. Droga z Krakowa do Warszawy zajęła ma 11 godzin! Dotarliśmy na miejsce zaledwie pół godziny przed odlotem. Byliśmy tak zdenerwowani, że możemy nie zdążyć, że już obyło się bez stresu typowego przed wyjazdem w nieznane.
W samolocie prawdziwa ulga. Po nieprzespanej nocy w aucie, wielogodzinny czas “nicnierobienia” i spania do woli, zdawał się spełnieniem marzeń.

Pierwsze dni po przylocie były beztroskie. Na dworze ciepło, choć akurat rozpoczęła się jesięń. Teraz bym się nie odważyła, ale wówczas jeszcze pod koniec kwietnia pływaliśmy w zatoce (oczywiście bez pianek).

Po kilkutygodniowej euforii i odpoczynku, rozpoczęliśmy życie w nowym kraju. Wydarzenia zmieniały się jak w kalejdoskopie: pierwsza praca, wynajęcie domu, po niewiele ponad roku kupno ziemi - takiego naszego kawałka świata, zmiana pracy, budowa domu, przeprowadzka, odwiedziny mamy, szukanie nowej pracy. Wiele się działo w ciągu tych lat. Bilans zdecydowanie na plus.

Kolejny okres rozpoczynamy już z innej, bo stabilnej, pozycji. Znaleźliśmy przyjaciół, oboje mamy dobra prace, własny dom, jeszcze bardziej własny kredyt ;) Rozpoczęta pięciolatka szykuje się bogata w wydarzenia, ale o tym napisze w podsumowaniu za 5 lat…

Poczucie przynależności

W Australii pożary. Zaledwie niewiele ponad sto kilometrow od naszego domu, szaleje ogień, ludzie tracą życie i domy. Już potwierdzono śmierć blisko dwustu osób!

Tragedia tych ludzi przeraża, także bliskość tych wydarzeń. Ale… no właśnie jakoś inaczej przeżywam niż powódź w 1997 w Polsce. Inne było poczucie solidarności i wspólnoty w powodzianami niż teraz. Mój mąż powiedział, że podobnie reaguje na te pożary jak np. na powódź w Bangladeszu i czy innym odległym kraju. W pierwszej chwili się oburzyłam, bo przecież to tuż obok nas, lecz coś w tym jest. Ofiary są dla nas kompletnie anonimowe, nie czujemy z nimi związku tak, jak to ma miejsce, gdy naszym rodakom zagraża niebezpieczeństwo. Już chyba bardziej byłam przejęta, gdy czytałam i oglądałam relacje, gdy w Polsce szalały wichury - porywały dachy domów, przygniatały ludzi słupami elektycznymi czy drzewami. Po tym też się poznaje, że Australia to miejsce, którym mieszkam, a środku wciąż jest Polska. Czuję się związana z kilkoma miejscami, z domem, z ludźmi przede wszytkim - przyjaciółmi, znajomymi, ale Australijczycy to wciąż są i pewnie zawsze będą jako ONI. Tak naprawdę społeczeństwo wielokulturowe, wielenarodowościowe to mit - człowiek może identyfikować się z jednym narodem albo z żadnym. I w takich momentach widać, co w środku w człowieku siedzi, porażary tak blisko, ale daleko.

Za wszystkie ofiary - Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen.

Kiedy jest się małym dzieckiem, poznawanie świata ogranicza się do własnego łóżeczka i bezpiecznych ramion matki, krótko potem świat rozszerza się o tatę, rodzeństwo, dom. Zaczyna się budować poczucie naszej tożsamości, przynależności do rodziny. Później dopiero dochodzi spostrzeżenie, że nasza rodzina jest cześcią znacznie szerszej społeczności. Młody człowiek zaczyna odrywać się od rodziny, choć ona jest wciąż miejscem, gdzie żyje, a jeśli odejdzie, to zawsze może wrócić, wie, że tam jest kochany. Ale uczy się żyć niezależnie. Tylko czy niezależnie oznacza w oderwaniu od wszystkiego - tworzenie całkiem nowego swojego małego światka? Dla niektorych może tak, lecz większość ludzi zadaje sobię pytania - kim jestem? skąd jestem? A jeśli nie, to i tak czyhają one w schowane głęboko w głowach i prędzej czy później się pojawią, nawet gdy staramy się je wyprzeć w naszych myśli.

Poczucie własnej wartości, tożsamości bazuje na odpowiedziach na te podstawowe pytania - kim jestem, skąd pochodzę, co ukształtowało mnie, moich rodziców. W niektórych sytuacjach życiowych są one szczególnie silne - myślę głównie o ludziach żyjących na emigracji, ale dotyczny to także choćby osób adoptowanych.

Będąc emigrantem nie da się uciec od swego pochodzenia. Najlepiej zaakceptować ten fakt i poznać swoje obie ojczyzny jak najlepiej, by czerpać z obu dziedzictw. Wyparcie polskiej tożsamości nie tylko nie pomoże w codziennym życiu, ale też bedzie determinować nasze zachowanie - choćby krytykę dla samej tylko zasady kraju, w którym wyrośliśmy czy sprawi, że bedziemy się czuli jakby w zawieszeniu, już nie Polak, ale i nie Australijczyk, Niemiec, Anglik, Irlandczyk…

Bezpaństwowiec, który szuka potwierdzenia, że odrzucając poczucie polskości, zrobił dobrze.

Nie dawno byłam obserwatorem ostrej dyskusji - na szczęście wirtualnej, choć jak się potem okazało była ona zapoczątkowana w realu, na temat jak to Polska i Polacy ”są uosobieniem polskiej glupoty i parafialności (cokolwiek miałoby to znaczyć), zanieczyszczają Australię szowinistycznymi pierdnięciami (?? to cytat…), podniecają się historią, a nie umieją odnaleźć się w rzeczywistości, czekają aż dostaną wszystko na gotowe, narzekają, są zawistni, uważają, że są lepsi podczas, gdy są dnem, ojczyzna to tzw. polskie błotko i jeśli słowo Polska coś dla ciebie znaczy, to taplaj się tam, a nie przywoź błota do AU, powinno się ich zamknąc sie z modlitewnikiem i całą kolekcją pisarstwa Konopnickiej i Sienkiewicza i zakazać emigracji (emigrować mogą tylko ci światli)”, a także jak ludzie w Australii (Polonia lub tubylcy) są “przygłupami, debijami, leniami, tępi, ograniczeni, awanturnikami, nieukami, uśmiechnięci na zewnątrz, a w środku knują, chcą się tylko bawić, puści, płytcy, łatwo nimi manipulować, zapatrzeni w AU jakby byli pępkiem świata, kiedy są zadupiem, większość nie wystawiła nosa poza granice, a myślą jakby wszystko wiedzieli, natomiast Polonia to zdrajcy, wywyższający się ponad innych, a w kraju nie przeżyliby choćby tygodnia, myślą, że Pana Boga za nogi złapali, mają patriotyzm na ustach, a zadźgaliby cię za pierwszym rogiem”.

Skąd to się bierze… Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to przelewanie swoich niepowodzeń w życiu emigracyjnym albo wcześniejszym w Polsce. Ludzie wylewają swoje osobiste frustracje, może żal, że wyjechali, atakując i szukając usprawiedliwienia i potwierdzenia swoich decyzji. Sposób w jaki odreagowują swoje decyzje jest żenujący i szkodliwy, bo w tak budujemy nietylko swój wizerunek (wiecznie jęczącego nieudacznika lub szydercy), ale i obraz Polski w oczach cudzoziemców.

Tak tworzą się stereotypy, że Polak Polakowi wilkiem, podczas, gdy inne narody potrafia się zorganizować, pomagac i wspierać na obczyźnie. Ale czy tak rzeczywiście jest? Za każdym razem, gdy myslę o tych problemach, dochodzę do wniosku, że i tak wszystko zależy od konkretnych ludzi i generalizowanie jest albo krzywdzące albo tworzące nieprawdziwy ideał. Znam wiele osób, które denerwują takie stwierdzenia i których zachowanie i inicjatywy takiemu obrazowi Polaków i Polonii przeczą. Choćby nasi przyjaciele zaangażowani w tworzenie portalu Melbourne.PL, czy inni tworzący polskie szkoły, zespoły, działający przy polskich parafiach, muzycy, pisarze. A ci także mniej widoczni pomagający bezinteresownie i całkiem prywatnie nowym przyjeżdżającym dobrą radą, a często i konkretną pomocą w odebraniu z lotniska czy przyjęciu na pierwsze dni/tygodnie do swojego domu, pomocy z zorientowaniu co i gdzie trzeba załatwić.

Szkoda gadać! Tylko czasem przykro, że są ludzie, którzy muszą podbudowywać poczucie swojej wartości kosztem własnego narodu i ojczyzny albo kosztem kraju, ktory ich przyjął i z którego większość z nich nie zamierza się wyprowadzać (więc chyba im nie jest źle…) i jednocześnie ci, dla których wstydem i karą jest, że pochodzą z Polski, często kontaktów wśród Polonii szukają, czemu? Nie wiem, może czują, że są znikąd, bo ani to Polacy ani Australijczycy, a człowiek potrzebuje korzeni, potrzebuje wiedzieć kim jest i chce być z tego dumny - ale to już temat na kolejny wpis.