Wiki- wpisy

Przeglądasz wpisy, których autorem jest Wiki.

Niech Zmartwychwstały Chrystus
błogosławi Wam na każdy dzień,
napełnia radością i nadzieją,
a w chwilach trudnych łączcie się z Nim na Krzyżu
i pamiętajcie,
że po trzech dniach zmartwychwstał!

Koszyk wielkanocny

U nas w domu jak zwykle koszyk kolorowy i różnorodny. Jest wszystko, co trzeba i jeszcze wiecej:
- wielkanocny baranek
- babka drożdżowa w wersji mini
- chleb
- jajko + pisanki
- sól, pieprz
- masło
- biała kiełbasa
- szynka z chrzanem
- pomidorki
- winogron 2 kolory
- cytryna
- mandarynka
- żółty ser
- pieczarki konserwowe
no i bukiecik i lawenda, niestety bukszpanu nie miałam skąd wziąć, ale i tak chyba jest/był ładny :D

Triduum Paschalne

Rozpoczynając Triduum Paschalne, pragnę życzyć i Wam, drodzy Czytelnicy, i sobie, byśmy znaleźli czas na zadumę i modlitwę. Byśmy rozważając Mękę Pańską, czerpali łaski i siłę do zmagania się z przeciwnościami i grzechem.

Chleb

Zapach świeżego chleba… Chyba jeden z najprzyjemniejszych; kojarzy sie z domem, bezpieczeństwem, rodziną. Przed wyjazdem do Australii często przechodziłam kolo piekarni, wdychając pełną piersią ten miły zapach i przynosząc go do domu razem z ciepłym jeszcze bochenkiem. A tutaj? Są piekarnie i tez pachnie, ale co z tego, jeśli chleb nie taki. Wata - to chyba najlepsze określenie. Ludzie jakoś sobie radzą - przez zjedzeniem obowiązkowo podpiekają kromki w tosterach. A ci, którym ten smakołyk nie chce przejść przez gardło, jeżdżą czasem bardzo daleko po chleb i słono za niego płacą albo… pieką w domu :D

Oczywiście pieczenie chleba nie jest juz tak pracochłonne jak w czasach, gdy większość gospodyń robiła chleb w domu. Ogromna pomocą są maszyny do wypieku chleba. Dzięki maszynie nasz udział to zaledwie kolo 10 minut - wystarczy przygotować składniki, wrzucić do maszyny i po kilku godzinach wyjąć pachnący bochenek! Ostatnio kupiłam nowa maszynę, z bardziej zaawansowanymi funkcjami niż miałam dotychczas. I musze przyznać, że widać różnicę. Dla wszystkich chętnych podaje podstawowy przepis na chleb:

1,5 szkl wody
1 szkl zakwasu
1 łyżka oliwy (opcjonalnie)
2,5 szkl mąki pszennej
1 szkl mąki pszennej razowej
1 szkl mąki żytniej
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka drożdży (instant)

Uwagi: można upiec chleb na samym zakwasie - bez drożdży, wówczas ciasto musi znacznie dłużej rosnąc - co najmniej 5 godzin (przydaje sie wtedy maszyna w możliwością zaprogramowania czasu rośnięcia), jeśli nie mamy zakwasu, można upiec chleb na samych drożdżach dając 2 zamiast jednej łyżeczki, chleb będzie bardziej kruchy, ale też smaczny.

Składniki dodajemy w podanej kolejności. Jeśli używamy zakwasu (+ łyżeczka drożdży), wybieramy jak najdłuższy dostępny program. W starej maszynie miałam 3 godziny 40 minut (na chleb razowy), w nowej używam programu Continental - 4 godziny 35 minut.

Z ciekawostek - tutejszym smakołykiem cieszącym sie wielkim uznaniem dzieciaków jest Fairy Bread - Chleb Wróżki. Bierzemy chleb typu wata (nie tostujemy), smarujemy maslem (słonym, bo takiego większość tu używa) i posypujemy maleńkimi cukiereczkami używanymi do ozdoby ciast. Fuj!

Wśród spotkań towarzyskich najbardziej popularne w Australii jest BBQ. W Polsce grillowanie też z roku na rok modniejsze, ale Australii na pewno nie przebije.
Najczęściej spotykane są BBQ gazowe - na butle albo podłączone bezpośrednio do sieci gazowej. My niedawno dorobiliśmy się naszego :D

Grillować można nie tylko w domu. Prawie w każdym parku i na wielu skwerkach są publiczne BBQ, gazowe lub elektryczne, zazwyczaj darmowe, choć zdarzają się takie na monety, które co kilka minut trzeba dorzucać.

Na piknikach z grillowaniem spotyka się także Polonia. 2 razy do roku skrzykujemy się na wspólne pogaduchy przy bbq. Kolejne spotkanie już niebawem - 5. kwietnia. A tymczasem zapraszam do obejrzenia galerii z  polonijnego BBQ z listopada 2006 (a także innych ciekawych zdjęć z Australii)

To już 5 lat!

Ku mojemu zaskoczeniu kilka dni temu minęło 5 lat odkąd znaleźliśmy się w Australii. Czas biegnie nadspodziewanie szybko.W pamięci mam wciąż mroźną noc, gdy jechaliśmy na lotnisko. Droga z Krakowa do Warszawy zajęła ma 11 godzin! Dotarliśmy na miejsce zaledwie pół godziny przed odlotem. Byliśmy tak zdenerwowani, że możemy nie zdążyć, że już obyło się bez stresu typowego przed wyjazdem w nieznane.
W samolocie prawdziwa ulga. Po nieprzespanej nocy w aucie, wielogodzinny czas “nicnierobienia” i spania do woli, zdawał się spełnieniem marzeń.

Pierwsze dni po przylocie były beztroskie. Na dworze ciepło, choć akurat rozpoczęła się jesięń. Teraz bym się nie odważyła, ale wówczas jeszcze pod koniec kwietnia pływaliśmy w zatoce (oczywiście bez pianek).

Po kilkutygodniowej euforii i odpoczynku, rozpoczęliśmy życie w nowym kraju. Wydarzenia zmieniały się jak w kalejdoskopie: pierwsza praca, wynajęcie domu, po niewiele ponad roku kupno ziemi - takiego naszego kawałka świata, zmiana pracy, budowa domu, przeprowadzka, odwiedziny mamy, szukanie nowej pracy. Wiele się działo w ciągu tych lat. Bilans zdecydowanie na plus.

Kolejny okres rozpoczynamy już z innej, bo stabilnej, pozycji. Znaleźliśmy przyjaciół, oboje mamy dobra prace, własny dom, jeszcze bardziej własny kredyt ;) Rozpoczęta pięciolatka szykuje się bogata w wydarzenia, ale o tym napisze w podsumowaniu za 5 lat…

Wielki Post

Okres Wielkiego Postu można dość łatwo opisać - czas skupienia, pokuty, wyrzeczeń, modlitwy, rozważania Męki Pańskiej. Tylko to wszystko ogólniki. Co Wielki Post oznacza dla mnie? Na pewno próbę przeogranizowania czasu, by modlitwa zajęła więcej czasu w ciągu dnia, piątkowe rozważania Drogi Krzyżowej.

W tekstach Mszy Świętej tydzień temu modliliśmy się: W dniu rozpoczęcia Postu wielkiego składamy Ci Boże ofiarę uroczystą i pokornie błagamy, abyśmy wstrzymując się od pokarmów ciała, powściągali w nas również żądze zgubnych rozkoszy.

Kiedyś przpisy postne były znacznie bardziej sformalizowane i konkretne:

Środa Popielcowa - post ścisły (ilościowy i jakościowy)
Bez mięsa, najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta
Środa Suchych Dni wielkopostnych - post ścisły (ilościowy i jakościowy)
Bez mięsa, najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta
Poniedziałki - post ilościowy
Najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta. Główny posiłek może być mięsny, pozostałe bezmięsne.
Wtorki - post ilościowy
Najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta. Główny posiłek może być mięsny, pozostałe bezmięsne.
Środy (oprócz popielcowej i środy Suchych Dni) - post ilościowy
Najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta. Główny posiłek może być mięsny, pozostałe bezmięsne.
Czwartki - post ilościowy
Najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta. Główny posiłek może być mięsny, pozostałe bezmięsne.
Piątki - post ścisły (ilościowy i jakościowy)
Bez mięsa, najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta
Soboty - post ścisły (ilościowy i jakościowy)
Bez mięsa, najwyżej trzy posiłki, w tym tylko jeden do syta
Niedziele - post nie obowiązuje

Teraz gdzieś to się rozmyło. Już nie przystaje do naszej nowoczesnej rzeczywistości. Obecnie akcentuje się wyrzeczenia i ćwiczenia duchowe, ale przecież umartwianie ciała nie oznaczało brak wzglądu na duszę, tym bardziej zwracało uwagę na nasze wnętrze i Boga. Bo post nie jest łatwy, a gdy się nie pamięta o celu - wynagrodzeniu za grzechy swoje i ludzi, to staje się także bezsensowny, choć czasem i modny, tylko że teraz to się nazywa DIETA. Setki różnych cudownych diet, które są ukierunkowane na człowieka, na ciało, podczes gdy post ofiarowujemy Bogu i dobra forma naszej duszy i jej piękno jest tu celem.

Troszcząc się o ciało, nie zapominajmy o duszy, bo przecież człowiek to całość - dusza i ciało. I tego wszystkim, a zwłaszcza sobie życze!

Poczucie przynależności

W Australii pożary. Zaledwie niewiele ponad sto kilometrow od naszego domu, szaleje ogień, ludzie tracą życie i domy. Już potwierdzono śmierć blisko dwustu osób!

Tragedia tych ludzi przeraża, także bliskość tych wydarzeń. Ale… no właśnie jakoś inaczej przeżywam niż powódź w 1997 w Polsce. Inne było poczucie solidarności i wspólnoty w powodzianami niż teraz. Mój mąż powiedział, że podobnie reaguje na te pożary jak np. na powódź w Bangladeszu i czy innym odległym kraju. W pierwszej chwili się oburzyłam, bo przecież to tuż obok nas, lecz coś w tym jest. Ofiary są dla nas kompletnie anonimowe, nie czujemy z nimi związku tak, jak to ma miejsce, gdy naszym rodakom zagraża niebezpieczeństwo. Już chyba bardziej byłam przejęta, gdy czytałam i oglądałam relacje, gdy w Polsce szalały wichury - porywały dachy domów, przygniatały ludzi słupami elektycznymi czy drzewami. Po tym też się poznaje, że Australia to miejsce, którym mieszkam, a środku wciąż jest Polska. Czuję się związana z kilkoma miejscami, z domem, z ludźmi przede wszytkim - przyjaciółmi, znajomymi, ale Australijczycy to wciąż są i pewnie zawsze będą jako ONI. Tak naprawdę społeczeństwo wielokulturowe, wielenarodowościowe to mit - człowiek może identyfikować się z jednym narodem albo z żadnym. I w takich momentach widać, co w środku w człowieku siedzi, porażary tak blisko, ale daleko.

Za wszystkie ofiary - Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen.

Słomiany zapał…?

Coś rzadko tu zaglądam, szczególnie do sekcji dla administratorów. Nie dlatego, żeby była przerwa w myśleniu ;) Jednak czas goni i ciągle jest coś ważniejszego.  A tymczasem minęło sporo tygodni. Kolejne Święta Bożego Narodzenia minęły, oby tylko w narodzony sercach Chrystus tam pozostał w tym Nowym Roku.

Nowy Rok - wielkie nadzieja, marzenia, plany… Co się uda zrealizować? Czy wystarczy zapału i chęci, odwagi w działaniu. Nowy Rok - czysta kartka i mnóstwo pytań jki będzie, ale też czas na zerknięcie wstecz. Ale podsumowania i ocena to już nie w internecie. Na to miejsce jest w ciszy własnego pokoju, w sercu.

A potem czas zacząć zapisywać nowy brulion życia. Mój pierwszy rozdział jest wakacyjny - już zakończony niestety. Pogoda przepiękna, blisko przyrody, ocean, rzeki, jeziora, góry, jaskinia, wędrówki piesze, autem, w kajaku.

ocean

A tu obrazek z jaskini. Jako że dziś święto Trzech Króli to Święta Rodzina i królowie zmierzający do szopki :)

Święta Rodzina - Royal Cave, Buchan

Dziwny prezent

“Życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W koncu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka.  I próbuje się na nie zasłużyć. Ja,który mam sto lat, dobrze wiem, o czym mówię. Im bardziej się człowiek starzeje, tym większym smakiem musi się wykazać, żeby docenić życie. Musi być wyrafinowany, stać się po trosze artystą. Byle kretyn może cieszyć się życiem w wieku dziesięciu, dwudziestu lat, ale kiedy człowiek ma sto lat, kiedy już nie może się ruszać, musi uruchomić swoją inteligencję.”

Oskar i Pani Róża

Świętych obcowanie

Świt, poranek, południe, popołudnie, wieczór, noc.

Narodziny, dzieciństwo, młodość, wiek dorosły, starość i… No właśnie - dla niektórych koniec, śmierć. Na szczęście ja wiem, że jest inaczej! Śmierć - narodziny do życia, do wiecznego życia.

Gdy odchodzą nasi bliscy nie potrafimy często patrzeć oczami wiary. Łatwo się mądrzyć i radzić, gdy śmierć bezpośrednio mnie nie dotyczy, ale kiedy tracimy osobę, którą kochamy, łez i bólu nie da się długo uciszyć. Ale czas płynie, łagodzi, tuli. I pewniego dnia jesteśmy w stanie patrzeć z innej perspektywy - Bożej. Modlimy się, ofiarowujemy Msze Swięte z ufnością w Boże Miłosierdzie.

Jakże często niemalże namacalnie odczuwamy obecność i wsparcie naszych bliskich, którzy już są po drugiej stronie. Świętych obcowanie. Czy wierzę? Czy wierzę, ale i czy korzystam z pomocy tych, którzy odeszli i wstawiają się za nami u Boga.

Świętych obcowanie. Współistnienie i przenikanie się dwóch wymiarów ziemskiego teraz i teraz wiecznego.

Wszyscy Święci wstawiajcie się za nami i uproście, byśmy do Was dołaczyli. Amen.

Pielgrzymowanie

Wycieczka, wędrówka, podróż, pielgrzymka, spacer… wspólna jest DROGA. Ale jak wiele zależy, po co na drodze się znaleźliśmy, czy umiemy odczytać sens i widzieć cel, do którego zdążamy. Pielgrzymka ma szczególne znaczenie - zawiera w sobie wyrzeczenie, ofiarę, modlitwę i oczy wpatrzone w Boga - cel.

Dobrze jest przeżywać całe życie jako pielgrzymkę do Stwórcy, ale szczególny krótki czas, gdy wybieramy się w drogę, by uczcić Boga, Matkę Najświętszą, by ofiarować nasze zmęczenie, niewyspanie, by oderwać się od codziennych zajęć i w modlitwie powierzyć codzienne kłopoty, zmatwienia, a także radości Najwyższemu. By wynagrodzić za grzechy swoje i ludzi, którzy żyją jakby Boga nie było, by powierzyć ich Boskiemu Miłosierdziu i wyprosić łaskę nawrócenia i wiary.

Co roku wyruszamy na 3 dni, by głosić że Królem jest Chrystus, oddać Mu hołd i siebie, i zaczerpnąć siły na kolejne dni.

Piegrzymka - życie, człowiek - pielgrzym, w drodze do Boga, nieważne czy wierzy, czy nie, cel każdego jest ten sam - wieczność, z Bogiem lub nie… Co wybieram?

Czasem tak jest, że różne sprawy i problemy się tłoczą, a optymizm chowa pod siebie ogon i skulony czeka na lepsze czasy. W głowie powstają pytania, podstawowe - jak żyć, czy warto być uczciwym, czemu czasem radość jest z wielkim hukiem przewracana i wdeptywana w ziemię… W dodatku męczy wysoka temperatura i katar. Wówczas tak trudno cieszyć się z tego, co się ma. Oczy przesłaniają czarne okulary. A nadzieja i wdzięczność za kolejny budzący się dzień znika.

Dziś słońce zaczyna wyzierać zza chmur. Pytania pozostały. Czas na nie odpowiedzieć. W głębi swojej duszy.

W zeszłym tygodniu izba niższa parlamentu przegłosowała reformę ustawy o braku ochrony życia nienarodzonych dzieci. Za 2 tygodnie następna bitwa - w tym razem z izbie wyższej.

Respect life

Kiedy jest się małym dzieckiem, poznawanie świata ogranicza się do własnego łóżeczka i bezpiecznych ramion matki, krótko potem świat rozszerza się o tatę, rodzeństwo, dom. Zaczyna się budować poczucie naszej tożsamości, przynależności do rodziny. Później dopiero dochodzi spostrzeżenie, że nasza rodzina jest cześcią znacznie szerszej społeczności. Młody człowiek zaczyna odrywać się od rodziny, choć ona jest wciąż miejscem, gdzie żyje, a jeśli odejdzie, to zawsze może wrócić, wie, że tam jest kochany. Ale uczy się żyć niezależnie. Tylko czy niezależnie oznacza w oderwaniu od wszystkiego - tworzenie całkiem nowego swojego małego światka? Dla niektorych może tak, lecz większość ludzi zadaje sobię pytania - kim jestem? skąd jestem? A jeśli nie, to i tak czyhają one w schowane głęboko w głowach i prędzej czy później się pojawią, nawet gdy staramy się je wyprzeć w naszych myśli.

Poczucie własnej wartości, tożsamości bazuje na odpowiedziach na te podstawowe pytania - kim jestem, skąd pochodzę, co ukształtowało mnie, moich rodziców. W niektórych sytuacjach życiowych są one szczególnie silne - myślę głównie o ludziach żyjących na emigracji, ale dotyczny to także choćby osób adoptowanych.

Będąc emigrantem nie da się uciec od swego pochodzenia. Najlepiej zaakceptować ten fakt i poznać swoje obie ojczyzny jak najlepiej, by czerpać z obu dziedzictw. Wyparcie polskiej tożsamości nie tylko nie pomoże w codziennym życiu, ale też bedzie determinować nasze zachowanie - choćby krytykę dla samej tylko zasady kraju, w którym wyrośliśmy czy sprawi, że bedziemy się czuli jakby w zawieszeniu, już nie Polak, ale i nie Australijczyk, Niemiec, Anglik, Irlandczyk…

Bezpaństwowiec, który szuka potwierdzenia, że odrzucając poczucie polskości, zrobił dobrze.

Prawo do życia

W Victorii w Australii trwa debata o reformie prawa aborcyjnego. Obecnie aborcja jest w zasadzie legalna, wystarczy że otrzyma się opinie polecające od dwóch lekarzy. Zabijanie dzieci finansowane jest z naszych podatków. Propozycja zmian w obowiązującym prawie została zgłoszona przez Maxine Morand, minister d/s Wczesnego Rozwoju Dziecka (Early Childhood Development) - brzmi jak kiepski żart.

Oto kilka najważniejszych punktów:

  • dziecko będzie mogło być zabite na życzenie, bez żadnych restrykcji (nawet opnii lekarzy, jak to jest teraz) do 24 tygodnia ciąży - dzięki zaawansowanej technice, dziś już 22-tygodniowe dziecko może przeżyć poza organizmem matki; dochodzić będzie do paradoksalnych sytuacji, gdy w tym samym szpitalu w tym samym czasie będzie trwała walka o życie jednego dziecka, a zaraz obok inne będzie mordowane,
  • po 24 tygodniu wciąż bedzie się można pozbyć dziecka, wystarczą dwie rekomendacje od lekarzy, a takie niestety nietrudno zdobyć - jak widać zmiana ta będzie prowadzić do legalizacji aborcji aż do końca ciąży!
  • powyższe 2 punkty dotyczą nie tylko “zabiegów”, ale też pozwalają pielęgniarkom i farmaceutom na podanie lekartwa wywołującego sztuczne poronienie,
  • lekarze, którzy są przeciwni aborcji (dotyczy także tych pracujących w katolickich szpitalach), bedą musieli w razie prośby o aborcje, skontaktować kobietę z lekarzem, który rekomendację wystawi, a także obliguje lekarzy i pielęgniarki do uczestnictwa w “zabiegu”, jeśli sytuacja tego wymaga.

Proponowanym zmianom towarzyszy jeszcze jedna sprawa, która ukazuje pełnię ironii tej sytuacji - becikowe należy się kobiecie, która urodziła dziecko po 20 tygodniu ciąży, niezależnie czy dziecko było żywe czy martwe, także w zgodzie z prawem kobieta będzie mogła zabić swoje dziecko i jeszcze otrzymać z tego tytułu pieniądze (teraz jest to 4 lub 5 tysięcy dolarów).

Debata w parlamencie rozpoczęła się przedwczoraj. Wcześniej wysłaliśmy swój protest i prośbę by głosowali na “nie” do naszych lokalnych reprezentantów. Teraz pozostała tylko modlitwa.

Wakacje zaplanowane

Ostatni wpis zmobilizował nas do zaplanowania wakacji. Wstępnie wybraliśmy miejsce. Dopiero wrzesień, ale można zacząć rezerwować noclegi. I tu niespodzianka! I to wcale nie miła… Znalezienie noclegu graniczy niemalże z cudem. Nie mówię o jakiś hotelach, ale o najzwyklejszym kawałku trawy na kempingu, co by namiot postawić. Tak… tutaj rezerwuje się miejsce wracając do domu z poprzednich wakacji. Czy w Polsce też jest takie szaleństwo? Bo nie kojarze.

Ale dość marudzenia. Udało się! najpierwsze dni na Wilsons Prom, o którym to miejscu pisałam wcześniej (nocleg bliziutko - zaledwie 60km od celu). Potem ruszamy do Mallacooty z jednodniową przerwą w Lake Entrance. Już się nie mogę doczekać…

Gippsland

A tymczasem przyszła wiosna. Ranki cieplejsze i mniej przenikliwy wiatr. Na niebie widać powracające klucze ptaków. Dni coraz dłuższe i w ogóle tak raźniej na duszy! Każdy chyba zna to uczucie.

Wilsons Promontory

Wrzesień. W Polsce sezon urlopowy mija, a u nas tym czasem podejmuje się wakacyjne decyzje. Niby jeszcze prawie 4 miesiące, ale już najwyższy czas zarezerwować miejsce na polu namiotowym, bo na wielu kempingach nawet i teraz może być już za późno!

Wilsons Promontory to chyba najpiękniejsze miejsce, jakie do tej pory widzieliśmy. Rok temu spędziliśmy tam parę dni, ale na pewno wrócimy, choć może nie w najbliższym sezonie. To najbardziej wysunięty na południe półwysep Australii. Każdy znajdzie tam zakątek dla siebie - piękne plaże, często puste nawet w sezonie, górzyste ścieżki wzdłuż wybrzeża, lasy, rzeka, wszystko to okraszone słońcem, wieczorem piękne widoki nabierają swoistej tajemniczości, gdy ocean i skały odbijają zachodzącym słońcem.

To kilka zdjeć z zeszłorocznych wakacji:

 

 

 

 

Nie dawno byłam obserwatorem ostrej dyskusji - na szczęście wirtualnej, choć jak się potem okazało była ona zapoczątkowana w realu, na temat jak to Polska i Polacy ”są uosobieniem polskiej glupoty i parafialności (cokolwiek miałoby to znaczyć), zanieczyszczają Australię szowinistycznymi pierdnięciami (?? to cytat…), podniecają się historią, a nie umieją odnaleźć się w rzeczywistości, czekają aż dostaną wszystko na gotowe, narzekają, są zawistni, uważają, że są lepsi podczas, gdy są dnem, ojczyzna to tzw. polskie błotko i jeśli słowo Polska coś dla ciebie znaczy, to taplaj się tam, a nie przywoź błota do AU, powinno się ich zamknąc sie z modlitewnikiem i całą kolekcją pisarstwa Konopnickiej i Sienkiewicza i zakazać emigracji (emigrować mogą tylko ci światli)”, a także jak ludzie w Australii (Polonia lub tubylcy) są “przygłupami, debijami, leniami, tępi, ograniczeni, awanturnikami, nieukami, uśmiechnięci na zewnątrz, a w środku knują, chcą się tylko bawić, puści, płytcy, łatwo nimi manipulować, zapatrzeni w AU jakby byli pępkiem świata, kiedy są zadupiem, większość nie wystawiła nosa poza granice, a myślą jakby wszystko wiedzieli, natomiast Polonia to zdrajcy, wywyższający się ponad innych, a w kraju nie przeżyliby choćby tygodnia, myślą, że Pana Boga za nogi złapali, mają patriotyzm na ustach, a zadźgaliby cię za pierwszym rogiem”.

Skąd to się bierze… Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to przelewanie swoich niepowodzeń w życiu emigracyjnym albo wcześniejszym w Polsce. Ludzie wylewają swoje osobiste frustracje, może żal, że wyjechali, atakując i szukając usprawiedliwienia i potwierdzenia swoich decyzji. Sposób w jaki odreagowują swoje decyzje jest żenujący i szkodliwy, bo w tak budujemy nietylko swój wizerunek (wiecznie jęczącego nieudacznika lub szydercy), ale i obraz Polski w oczach cudzoziemców.

Tak tworzą się stereotypy, że Polak Polakowi wilkiem, podczas, gdy inne narody potrafia się zorganizować, pomagac i wspierać na obczyźnie. Ale czy tak rzeczywiście jest? Za każdym razem, gdy myslę o tych problemach, dochodzę do wniosku, że i tak wszystko zależy od konkretnych ludzi i generalizowanie jest albo krzywdzące albo tworzące nieprawdziwy ideał. Znam wiele osób, które denerwują takie stwierdzenia i których zachowanie i inicjatywy takiemu obrazowi Polaków i Polonii przeczą. Choćby nasi przyjaciele zaangażowani w tworzenie portalu Melbourne.PL, czy inni tworzący polskie szkoły, zespoły, działający przy polskich parafiach, muzycy, pisarze. A ci także mniej widoczni pomagający bezinteresownie i całkiem prywatnie nowym przyjeżdżającym dobrą radą, a często i konkretną pomocą w odebraniu z lotniska czy przyjęciu na pierwsze dni/tygodnie do swojego domu, pomocy z zorientowaniu co i gdzie trzeba załatwić.

Szkoda gadać! Tylko czasem przykro, że są ludzie, którzy muszą podbudowywać poczucie swojej wartości kosztem własnego narodu i ojczyzny albo kosztem kraju, ktory ich przyjął i z którego większość z nich nie zamierza się wyprowadzać (więc chyba im nie jest źle…) i jednocześnie ci, dla których wstydem i karą jest, że pochodzą z Polski, często kontaktów wśród Polonii szukają, czemu? Nie wiem, może czują, że są znikąd, bo ani to Polacy ani Australijczycy, a człowiek potrzebuje korzeni, potrzebuje wiedzieć kim jest i chce być z tego dumny - ale to już temat na kolejny wpis.

Sernik

Przepis na sernik mojej mamy - sernikowej mistrzyni :)

Wersja nieco uproszczona i z użyciem sera ricotta zamiast prawdziwego polskiego twarogu (ale i tak sernik wychodzi pyszny). Produkty na dużą tortownicę (26cm średnicy).

1 kg sera
5 jaj
1 łyżki mąki ziemniaczanej
3 łyżki krupczatki
1 szklanka cukru
1,5 łyżeczki soku cytrynowego lub sok z połowy cytryny (jeśli używamy sera riccota, to nieco więcej - nawet 3 łyżeczki)
pół łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy
2/3 kostki masła
rodzynki, skórka pomarańczowa

Ser zmielić i porządnie utrzeć (w tym tkwi sekret…). Wciąż ucierając dodać żółtka, mąkę, proszek, stopione masło i sok cytrynowy. Dodać bakalie i wymieszać.
Białka z cukrem ubić na sztywną pianę. Delikatnie wymieszać z masą serową.
Formę wysmarować masłem. Przełożyć ser i ładnie wyrównać powierzchnię. Piec 50 minut w 180 stopniach.

UWAGA! Po upieczeniu nie dotykać i nie wyjmować z piekarnika. Lekko uchylić dźwiczki i pozostawić do wystygnięcia. Ser wówczas łagodnie opadnie, ale nie zapadnie się.

Wierzch można posmarować roztopionym masłem i popruszyć cukrem pudrem.

Smacznego :)

Na dokładkę sernikowa anegdotka. Byłam jeszcze dzieciakiem, jedne w wielu świąt spędzanych u mojej rodziny. Mama dostała specjalne zamówienie na sernik od zięciów cioci. Zgodziła się pod warunkiem, że utrą ser. Zaczęli ucierać na zmianę we dwóch. Mama zajęła się innymi rzeczami, a oni ucierali… ucierali… długo, już chyba sami nie wiedzieli, ile czasu już trą i trą… W końcu ktoś biedaków zauważył ;)
Podobno to był najlepszy sernik w karierze mojej mamy.

Ja swój najlepszy sernik upiekłam 2 tygodnie temu - najlepszy, bo pierwszy :) Mieliśmy gościa, który bardzo lubi serniki, choć dotąd znał je tylko w wersji ziemniaczano-budyniowo-sklepowo-australijskiej. Po zjedzeniu polskiego sernika stwierdzil, że zrobiłam mu wielką krzywdę - już nigdy żaden sernik nie będzie mu smakował ;)

Być filozofem dzisiaj

Tekst napisany przeze mnie juz ponad 7 lat temu.

Filozof - jakże dzisiaj to słowo jest nacechowane kpiną. Filozofujesz znaczy marnujesz czas sobie i nam, wymyślając bezsensowne problemy, jakby i tak ich było za mało. Nie mądrzyj się! Trzeba popatrzeć na rzeczywistość i działać. Jak? Dlaczego? Nieważne! Działaj, działaj!

Stop.

Coś się chyba poprzestawiało w naszym rozumieniu słów. Być filozofem - umiłować Prawdę, poznawać sens naszego istnienia. Ale przecież Prawda jest dzisiaj taka niewygodna: stawia nam dodatkowe wymagania, podczas gdy jesteśmy zagonieni, zapracowani, nie mamy czasu, by jeszcze zajmować się szukaniem czegoś, czego nie ma. Każdy ma dzisiaj własną prawdę. Lecz w zgiełku, który mnie otacza i który współtworzę, czasami udaje mi się zauważyć, że to coś nie tak. Chrystus powiedział: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Więc Prawda istnieje. Dlaczego jednak mam się nią przejmować i jeszcze dociekać, jaka jest. Co się stanie, gdy jej poznanie będzie burzyło mój świat, tak pracowicie przeze mnie ułożony? Poznawszy Prawdę, będzie drażniło mnie to, że się jej zaprzecza, a ja jestem tylko jednym nic nie znaczącym człowiekiem, który nie potrafi zmienić otaczającej rzeczywistości. Jaki jest sens się denerwować, czy mało mam stresów? Czy warto?

Tak, jeśli nie chcesz być popychadłem, któremu można wszystko wmówić.

Tak, jeśli chcesz świadomie przeżyć swoje życie.

Tak, jeśli chcesz być mądry.

Bóg obdarował nas rozumem, więc mamy obowiązek go wykorzystywać. Trzeba nam być mędrcami, głupców jest zawsze aż zanadto.

A jak zostać filozofem - człowiekiem miłującym Prawdę i Mądrość?

Odpowiedź jest bardzo krótka i prosta: szukać, poznać i żyć.

Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by zdobywać wszystko jak najmniejszym kosztem. Lecz, jeśli chcemy dojść do Prawdy, musimy włożyć swój wysiłek w jej szukanie, bo nie jest to zadanie łatwe, kiedy zewsząd cisną się często sprzeczne zapewnienia: tu jest prawda, tu, tu, tu? Należy być bardzo ostrożnym, gdy każdy chce sprzedać swoją prawdę jako tą jedyną. Trzeba stawiać pytania jasne i proste i takich szukać odpowiedzi. Kim jestem? Po co żyję? Skąd się wziąłem na świecie? To pytania najistotniejsze, choć zagubione przez ciągle spieszących się ludzi. Szukać znaczy pytać i nigdy nie zadowalać się namiastkami.

Gdy znajdziemy odpowiedź, musimy ją poznać i zrozumieć. Co to znaczy? Jakie są tego konsekwencje? Filozof to mędrzec, który racjonalnie wyjaśnia wszelkie problemy, więc rozumne poznanie jest dla niego najważniejsze, nie wierzy przypuszczeniom.

I tu można by się zatrzymać w rozważaniach na temat roli filozofa i niestety wielu tak robi, ale dzisiaj samo poznanie Prawdy nie wystarczy: trzeba nią żyć i przekazywać ją innym, którzy nie chcą, może już nie potrafią sobie zadać trudu jej poszukiwania. Żyć w Prawdzie to dopiero wyzwanie dla filozofa! Wymaga ono wielkiej odwagi i determinacji, by nie iść drogą wygodnictwa.

Dzisiaj lansuje się model życia tak odbiegający od Prawdy. A przecież, gdy poznam Prawdę, nie wolno mi płynąć z prądem, tylko dlatego że tak robią wszyscy. Poznanie niesie za sobą odpowiedzialność. Człowiek zasługujący na miano filozofa będzie niósł Prawdę do wszystkich dziedzin życia: polityki, ekonomii, masmediów, kultury, pracy, rodziny, wbrew sprzeciwom tych, dla których jest to niewygodne, bo gdy zna się Prawdę i jednocześnie chce się żyć z sobą w zgodzie, nie można jej ignorować.

Czy chcę być filozofem?

Tak, choć odpowiadam z pewną obawą, czy dam radę sprostać temu zadaniu. Jestem chrześcijaninem i nie wolno mi odpowiedzieć inaczej. Chcę poznać prawdę i nieść ją do swojego środowiska. Wiem, że od tej chwili będę “znakiem sprzeciwu”. Świat bardzo potrzebuje filozofów, więc, jeśli nie chcę tylko wegetować, ale żyć zostanę filozofem i będę wprowadzać Prawdę tam, gdzie zakłamanie, sens tam, gdzie go nie widać, pewność, gdzie jej brak.

Moje, twoje, nasze…

Zastanawiałam się, gdzie w małżeństwie jest granica między moje, twoje a nasze. Dwoje a jedność, ale jedność, lecz dwoje.

Kiedyś usłyszałam dowcip:

Mąż przerzuca w szafie rzeczy i coś burczy w złości pod nosem:
- Gdzie są moje… moje…
Przechodząca obok żona usłyszała strzępki słow i trochę zawiedziona mówi:
- Tyle lat po ślubie, a ty wciąż moje i moje, nie ma moje, jest nasze.
- No dobra - gdzie są NASZE kalesony?

Bardzo mnie to rozbawiło :) Przy śniadaniu zapytałam męża, gdzie według niego przebiega granica. Oto, czego się dowiedziałam - jest ona umowna i zależy od sytuacji.

No to teraz już wiem! Jak trzeba ubrać kalesony, to są jego, ale jak je znaleźć to nasze. Takie proste.

Początek

Od jakiegoś czasu krążyła mi po głowie myśl, by znowu zacząć pisać. Wiele lat temu prowadziłam zapiski i do tej pory fantastycznie jest do nich wrócić i przeczytać na nieco pożółkłych kartkach, jak przeżywało się pewne sprawy 15-10-6 lat temu. Później prowadziłam stronę internetową - głównie zbiór tekstów z innych serwisów, które mnie zainteresowały, ale też trochę własnej pisaniny, choć często sens strony sprowadzał się do tego, by znajomi rozrzuceni po różnych częściach globu, mogli zerknąć, co się u mnie dzieje.

Strona codzienność.com dopiero powstaje, więc siłą rzeczy trudno, by było tu dużo postów, dlatego znajdą się tutaj, szczególnie na początku, także teksty, które napisałam lub znalazłam jakiś czas temu.

To, co będzie wyróżniać ten serwis od moich wcześniejszych zapisków, to więcej “dlaczego”, a nie “co” oraz obserwacji i ocen. Czymś nowym jest też to, że zaproszędo współtworzenia strony również inne osoby - na razie jest to jeden kolega o ksywce Unkas.

Zapraszam!