unkas- wpisy

Przeglądasz wpisy, których autorem jest unkas.

Codzienność?

Idea witryny ‘codzienność’ to autorski pomysł Wiki. Nie ukrywam, iż początkowo wydawała się być ideą odległą, niezrozumiałą, ale z biegiem czasu i kolejnych kliknięć na gg, zauważyłem, iż niezwykłą szkodą mogłoby być pozostawienie niektórych jej przemyśleń bez opublikowania ich w odpowiednim miejscu. Cały ten pomysł sprawił, iż ja sam coraz to intensywniej zacząłem się zastanawiać nad tym – a co tak właściwie oznacza to słowo ‘codzienność’, co taka strona może przekazać potencjalnemu czytelnikowi, a co może oddać jej autorowi? Kiedy Wiktoria zaprosiła mnie do uczestnictwa we współkreowaniu strony – to pytanie o codzienność stało się jeszcze bardziej złożonym – tym razem bowiem zaczęło dotyczyć bezpośrednio mnie samego.

A więc. Codzienność – nie mogę silić się na interpretację całego pomysłu takiej strony, jako że byłoby to iście niestosowne, a jednak ‘codzienność’ jest wpisana w moje wnętrze i powoduje potrzebę wyrażenia się.

Codzienność – dla mnie – człowieka wychowanego w tradycji katolickiej, żyjącemu przez wiele lat poza granicami Polski – oznacza drogę - naszą podróż przez niepoznane lecz dające się poznać do cakowicie NIEZNANEGO, nie dającego się ogarnąć rozumem, kalkulacją czy najbardziej nawet zaawansowaną formułą matematyczną. Stąd też pojawia się strach – strach przed podróżą w nieznane, drogą wyboistą, ciemną i niebezpieczną. To jak w ciemnej dolinie – lecz zła się nie lękam… lecz brnę przed siebie.

Nie biorę się na teksty o łatwym życiu, prosperowaniu w społecznościach z ukształtowanymi systemami wartości a zarządzanych przez ‘niewidzialną rękę rynku’. Nie wstydzę się nazwać człowiekiem samotnym poszukującym szczęścia zamiast ‘singlem’ bez skazy. Nie obawiam się wyrazić swojej opinii na TAK lub NIE, dlatego tak bardzo chwyciła mnie idea ‘codzienności’, która pozwala odnaleźć siebie przy założeniu, że często można w tej codzienności się pogubić.

Codzienność jest światełkiem, przyjaźnią oraz trwaniem. Codzienność jest każdym dniem jaki nadejdzie i jakiego już nie ma. To jest właśnie codzienność.

Testy w agencji wypadły znakomicie. Zajmująca się moją aplikacją Zoe z uśmiechem na ustach dodała mi otuchy słowami – ‘Dwa, trzy dni i pracodawca znajdzie się z pewnością’. Czwartkowe popołudnie upływało pod znakiem nudy zakrapianej drobnym deszczem stukającym delikatnie o szyby mojego mieszkania. Telefon poderwał mnie z fotela, w słuchawce Zoe – ‘Wojczech, w Microsoft potrzebują ludzi z niemieckim do telefonicznej obsługi klienta, jutro spotkanie…’. Westchnąłem z ulgą.

Siedziba Microsoft w Reading mieści się w nowoczesnym budynku na obrzeżach miasta. Udając się na spotkanie, założyłem sobie kilkanaście scenariuszy jak rozmowa mogłaby wyglądać. Raz po raz ruszałem szybko żuchwami – nie chciałem bowiem aby mój niemiecki brzmiał angielsko - a angielski nader polsko.

Holem na piętro, do wyznaczonego pokoju, podanie rąk, zasiadłem na krześle – wywiad się rozpoczął. Pytania, kilka formularzy, rozmowa w języku niemieckim, chciałem mieć już to za sobą. Richard, mężczyzna przeprowadzający wywiad wydawał się jednak być nieugiętym, drążąc kolejne epizody mojego zawodowego życia. Póki co, wszystko wedle scenariusza, aż do czasu kiedy zadano mi pytanie – nazwane – ostatnim ‘Wojczek (ten brzmiał inaczej) co byś zrobił, gdybyś znalazł się na pustyni będąc głodnym, spragnionym, bez broni i mapy – a naprzeciw ciebie stanął nagle lew?’ Pytanie jak z koszmaru? Nie, wcale nie! Momentalnie w oczach stanął mi obraz świętego Hieronima, usuwajacego cierń ze stopy lwa, który zaprzyjaźnił się potem na dobre z pustelnikiem jako wyraz wdzięczności za ulżenie w cierpieniu. Odrzekłem więc ‘Zapewne sprawdziłbym czy wszystko z nim OK!’.

To pytanie, postawiła mi kilka miesięcy wcześniej pewna studentka z Białegostoku – wtedy zupełnie naturalnie podyskutowaliśmy jak każde z nas mogłoby się zachować w takiej sytuacji. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie powtórzenie pytania przez człowieka przeprowadzającego wywiad o pracę, nie sposób było przewidzieć, że ktoś w obcym państwie, w obcej kulturze zapyta dokładnie o to samo.

Opuściłem siedzibę firmy ze spuszczoną głową. Jakże wytłumaczyć powierzchowną rozmową całego siebie – poczucie wiary, obowiązku, odpowiedzialności – zaufania do Boga. Kultura brytyjska, tak bardzo bowiem stara się uciec od idei Istoty Wyższej, rozbijając wiarę człowieka teoriami ewolucji, darmowych zup wszechświata, klonowania i mrożenia zapłodnionych komórek. Jak odpowiedzieć na takie czy podobne pytanie i pozostać zarazem sobą? Wiedziałem, że mój czas na Wyspach dobiegał już końca. Nie chciałem tak naprawdę tej pracy, nie chciałem sukcesu bez św. Hieronima czy św. Franciszka – i cieszę się niezmiernie do dziś, miło wspominając tamtą chwilę, kiedy Hieronim nadszedł ze swoim przyjacielem lwem i podpowiedział najprostszą odpowiedź.

Podróżowanie na wyrywki

Ciężki plecak nie pomaga wcale w łapaniu stopa - ale cóż, w imię przygody i pierwszej miłości poświęcam się i macham na przejeżdżające samochody z nadzieją, że któryś się wreszcie zatrzyma…

Ona miała zawsze listę - tym razem wypadło na ‘Spis najpotrzebniejszych rzeczy w podróży’ - stworzyła ją swoim starannym charakterem pisma jeszcze na tydzień przed wyjazdem. Ponieważ miłość obliguje - uśmiechałem się z aprobatą widząc każdą kolejną pozycję na kartce papieru. A potem składanie i ugniatanie plecaka - logiczna analiza, co musi być pod ręką a co może niżej i ciężki szok ląduje na moich plecach - lecz jej wdzięczny uśmiech odpłaca z nawiązką za niewygodę.

…zatrzymał się wreszcie, cóż za auto - Mercedes - chyba prosto z salonu. I znowu byłem bohaterem. ‘Dokąd jedziecie?’ zapytał dobrze wyglądający pan w średnim wieku, ‘Do Warszawy’ rzuciłem szybko rozmyślając jednocześnie głęboko gdzie włożyć ten mój wakacyjny osprzęt aby nie popsuć czegoś w aucie. I tak dobrnęliśmy do Warszawy, potem do Krakowa, objechaliśmy tamtych wakacji całą Polskę. Spotkaliśmy wielu ludzi, zupełnie z przypadku, bez planu, bez ustalonych godzin bez końca. Każdego wieczora, czy to w namiocie na polu biwakowym, czy też w ogrodzie jakiegoś dobrego gospodarza liczyłem bez wytchnienia kilometry jakie przybyliśmy, obserwując zarazem jej piękny uśmiech. To był nasz czas, ta podróż była dla nas, nikt nie mógł zakłócić naszej radości, szczęśliwa ona - szczęśliwy ja - wciąż nastolatka i nastolatek.

Pociąg relacji Żary - Bojanowo, stara parowa maszyna, zwiastowała koniec naszej letniej przygody, usiedliśmy naprzeciw siebie, spoglądałem na nią, moją miłość. Jej piękne ciało podkreślone seledynową sukienką i ja szczęśliwy, ogorzały słońcem, przytłoczony ciężarem plecaka. Ona miała uśmiech i urodę ja silne ramiona, by dźwigać nasze szczęście. Gdzieś przez na wpół otwartą szybę dosłyszeliśmy dźwięk gwizdka zawiadowcy stacji - już niedługo na tą stację miały nadciągać tysiące młodych ludzi, głodnych wrażeń i szalonego grania Woodstock - lecz tamtego dnia byliśmy tylko my dwoje.

***

Czasem tłoczne a czasem puste wagony londyńskiego metra przemierzają bez ustanku zmyślne torowiska pod gwarnymi ulicami miasta. Rozpoznaję z łatwością rodaka, który nerwowo czyta plan trasy, po drugiej stronie wagonu kobieta w ciązy i dżentelmen w gustownie skrojonym garniturze prosto od Harrodsa. Ruszamy.

To tylko chwila, kiedy ktoś wsiądzie a wraz z nim moja nadzieja, lecz kolejny przystanek jest tak blisko - jak długo czekać? Wsiadła na Oxford Cirus, jej spojrzenie przykuło mój wzrok. ‘Dlaczego spoglądasz na mnie?’ spuściłem głowę zawstydzony intensywnością tej chwili, starcia dwojga ludzi pośród milionów innych. Była piękna, jej rozpięte włosy oplatały ramiona, urokliwie wyrózniały się na tle wagonowych szyb, to milisekunda szczęścia. Podniosłem wzrok, wokół gwarno, lecz nasze spojrzenia spotkały się na nowo. Uśmiech rzucony i odwzajemniony, łakliwy oddech unoszący piersi - i nagle w tym falującym na torach wagonie poczułem się niczym w rozkosznym tangu. Szczęście przybrane w banalny kolor codzienności i przypadku.

Wysiadłem pospiesznie z tłocznego wagonu nie oglądając się za siebie, w górę po ruchomych schodach, przez bramki do świata ulic. Oszołamiał mnie zawsze swoim pięknem, Londyn, miasto niezwyciężonych, miasto pięknych parków, budynków i mostów, miasto jak Wieża Babel - pełne nas - ludzi. Spojrzałem przed siebie na wspaniale zarysowane kontury katerdy Św. Pawła, wkomponowane w gęsto zabudowaną okolicę instytucji rządowych i banków. Po drugiej stronie Tamizy, pełnej turystycznych statków o tej porze roku, nadbrzeżne bulwary a na nich zakochani objęci wspólnym spacerem, biegacze, pan mim ze srogą miną i dalej, wzdłuż brzegu… Londynu nie można poznać, nie można go oswoić, Londyn oswaja nas, bo kiedy przemierzam jego ulice, parki i bulwary zaczynam czuć, że ja też jestem Londyńczykiem.

***

Dzwonek do drzwi. Podbiegam by otworzyć znudzony kawałkiem prozy, który przez przypadek wpadł mi w rękę z nadzieją na cokolwiek. W drzwiach Michał ‘Jedziemy do Szwajcarii - jedziesz z nami?’ Zaskoczony lecz przytłoczony nudą deszczowych wakacji przytakuję niepewnym ruchem głowy. ‘No dobra, to się zbieraj, samochód czeka!’ Odwrócił się na pięcie i wybiegł na ulicę, matka ze spuszczonymi rękami a w nich mokrą ścierką wydaje się być zaniepokojona, ojciec przy kuchennym stole dotychczas zaczytany gazetą z uśmiechem spogląda na mnie - więc biegnę po plecak i w drogę.

Szwajcarskie drogi wiją się w górę, to w dół aby wbić się wreszcie w długie tunele wyciosane w trzewiach wzgórz dynamitem i rękoma pracowitych ludzi. Góry od zawsze mnie zachwycały, strzeliste kontury nasuwają na myśl własne ambicje, groźne lecz wyraźne. Gdy lekko już przytłoczony ich rozmiarem odwracam od nich głowę wjeżdżamy w dolinę, zieleniącą się trawą, nakrapianą bielą górskich owiec. Cóż, nasza przyjaźń jest przygodą, a w prawdziwej przygodzie poznajemy naszą wartość. Michał, Romek i ja, koledzy złączeni tysiącem kilometrów przebytych w ciasnym aucie, spaniem na sianie w górskiej stodole i planami na przyszłość. Z garstką angielskiego i niemieckiego zaczepiamy napotkane dziewczęta, zakrzykując niezbgrabnie raz po raz niestosowne uwagi. I wtedy pojawia się uśmiech, więź i tak już na zawsze będziemy kumplami. Jeden kubek - ale to nieważne - bo herbata smakuje przednio.

Zapakowani szwajcarskim towarem wracamy tą samą drogą. Nasz kierowca dumny ze swego Peugota i my, jak młode wilczki głodni i uparci, lecz szczęśliwi. W osobistych zapiskach radosna uwaga ‘Byłem w Szwajcarii’. Ojciec czyta świeżą gazetę, matka z talerzem pierogów kręci groźnie głową - pewnie zaraz oberwę ścierką…

***

Wysiadam z pędęm na głogowskim peronie, żwawo po schodach, dalej znanymi ulicami i skrótem z młodości - jestem w domu. Podróżujemy bo zycie jest podróżą. Poznajemy, uczymy się, zakochujemy, podziwiamy czy zwyczajnie przemierzamy kilometry, wszystko wpisane jest w nas i obok nas. Kolejny rozdział życia zamyka się przed oczami wraz z kolejnym powrotem, tam gdzie pachnie swojskim chlebem i kurzem ulicznym. Podróżujemy aby powracać, aby poznać smak tęsknoty, aby przywitać matkę w progu i uśmiechnąć się do pięknej Izy ze sklepu przy ulicy Wolności.